ocalić od zapomnienia...

Autor w
228
ocalić od zapomnienia...

14 maja 1983 w szpitalu zmarł 19-letni maturzysta Grzegorz Przemyk, pobity dwa dni wcześniej przez funkcjonariuszy MO w komisariacie przy ul. Jezuickiej na Starym Mieście w Warszawie.

Jak mówiła przed sądem matka Grzegorza Przemyka, Barbara Sadowska:

“Zobaczyłam Grzesia leżącego bokiem na kozetce, chronił brzuch. Kucnęłam przy nim i zaczęłam pytać, co się stało. Zobaczyłam, że jest nieprzytomny, nie odpowiadał mi, nie poznawał mnie. W tym momencie poczułam, że stoi za mną mężczyzna, który wręczył mi jakiś papier. To było skierowanie do szpitala psychiatrycznego. Tekst, który widniał na tym skierowaniu w niczym nie przypominał wywiadu lekarskiego. Zobaczyłam zdanie, że na komendzie milicji nie wykonywał poleceń. Nie wyraziłam zgody na zabranie syna do szpitala psychiatrycznego. Przełożono Grzesia na nosze. Jeszcze zobaczyłam, że z buzi wyciekała mu ślina z krwią, ale nie zdawałam sobie sprawy z tego, co tak naprawdę się stało i jak poważny jest stan mojego dziecka.”

W 1984 r. gen. Czesław Kiszczak przyznał nagrody pieniężne funkcjonariuszom MSW za “ujawnienia wobec opinii publicznej rzeczywistej prawdy”. Wówczas sąd uwolnił od zarzutu pobicia chłopaka dwóch milicjantów: Ireneusza K. i Arkadiusza Denkiewicza – dyżurnego komisariatu MO z ul. Jezuickiej. Na 2 i 2,5 roku więzienia skazani zostali dwaj sanitariusze, którzy wieźli Przemyka z komisariatu do szpitala.

Również lekarką Barbara Makowska – Witkowska została wplątana w sprawę śmierci. Mimo że kobieta nie miała nic wspólnego z tym tragicznym zdarzeniem przesiedziała w więzieniu trzynaście miesięcy.

W lipcu 2010 r. Sąd Najwyższy uznał za przedawnione śmiertelne pobicie Przemyka.

Grzegorz Przemyk umarł wczesnym popołudniem. Miał 19 lat. Był maturzystą Liceum im. Modrzewskiego. Był synem Barbary Sadowskiej, poetki. Niektórzy spośród jej przyjaciół mówią dzisiaj: gdyby nie taka Basia, nie jej dom, nie byłoby takiego Grzesia. Nie byłoby tej śmierci.
12 maja, po zdaniu pisemnej matury, zaprosił do domu kilku kolegów. Wypili trochę wina. Za oknem zrobiło się ciemno od chmur. Przemyk lubił burzę. Krzyknął: "Idziemy na Starówkę. Dajmy się zmoczyć". Na placu Zamkowym zatrzymali ich milicjanci. Przemyka z kolegą zabrali na komisariat przy ul. Jezuickiej. Bili pałkami i łokciem po brzuchu i po plecach. Jeden z milicjantów instruował: "Bijcie tak, żeby nie było śladów". Z komisariatu Grzegorza zabrało pogotowie. Lekarz nie stwierdził pobicia, dostrzegł natomiast obłęd. Ze szpitala psychiatrycznego matka zabrała go do domu. Nazajutrz trafił do szpitala na Solcu. Po północy, 14 maja, lekarze zaczęli operację. - Najchętniej bym zemdlał - powiedział jeden z nich, gdy zajrzał do środka. Grzegorz Przemyk zmarł wczesnym popołudniem w wyniku ciężkich urazów jamy brzusznej. Za 3 dni skończyłby 19 lat.
     Jego śmierć być może była zemstą na matce – niepokornej poetce działającej w Komitecie Prymasowskim, pomagającej sądzonym i skazanym za działalność polityczną, a może wynikiem “zadziornej” postawy Przemyka i jego aparycji: długie, zmierzwione włosy, za duży sweter, wysoki wzrost, godne, drażniące spojrzenie i dumna odpowiedź na głupio postawione pytanie – coś, co mogło wzbudzić agresję niewiele starszego chłopaka w milicyjnym mundurze.

Przemyk był wrażliwym, gniewnym nastolatkiem, żyjącym jednak takimi samymi problemami jak jego rówieśnicy: marzył, kochał, snuł plany na przyszłość. Drukował i kolportował ulotki, składał “bibułę”. Zamierzał zdawać na historię sztuki.

Gitara, pianino i własna poezja były cichymi zaułkami, w których chronił się przed gwarem domu pełnego koczujących w nim przedstawicieli bohemy tamtych czasów: niedocenionych albo zakazanych artystów, poetów przeklętych (np. Stachura, Milczewski-Bruno), młodzieży, coraz starszych "dzieci-kwiatów", dopiero co wypuszczonych z więzienia robotników odsiadujących wyroki "za wolność", domu, w którym wprawdzie zawsze dbano o człowieka, on jednak często nie znajdował w nim dla siebie azylu; ale gitara, pianino i poezja były również zaułkami, w które uciekał przed panoszącą się za oknami przemocą.     Domowa atmosfera, rozstanie rodziców, choroba matki i prześladowania za jej działalność niepodległościową pogłębiały wewnętrzne konflikty Przemyka i spowodowały, że wcześnie wydoroślał i był dojrzalszy od swoich rówieśników. Wspominają go oni jako człowieka wrażliwego, otwartego i tolerancyjnego, o serdecznym, życzliwym stosunku do ludzi i pogodnym usposobieniu. Niekiedy bywał dominujący w swojej skłonności do literackiego ekshibicjonizmu i potrzebie twórczej autoprezentacji. Mawiał: – Chodźcie posłuchać, napisałem wiersz. Stworzył wokół siebie kółko wielbicieli.

Pragnął stabilnego domu z codziennym obiadem, ciszą, z rodzinnym ciepłem i hierarchią ról, gdzie mama jest mamą, a nie “Basią”. Z czasem zaczął przejmować rolę opiekuna, chciał troszczyć się o matkę. Potrzebę ofiarowywania troskliwości i uczuciowości uzewnętrzniał w relacjach ze swoją dziewczyną. To nie był jakiś flirt grzecznego chłopca z ładną panienką, ale intensywny związek non stop, mocno i do końca. Miłość, jaka przytrafia się tylko poetom: rano w szkole karteczki na lekcjach, uśmiechy na przerwach, potem gdzieś w mieście albo w pokoju u Grzegorza. On grał na gitarze, ona przykładała ucho do pudła. Nikt wtedy nie miał prawa tam wejść, nawet matka. Izolował swoją dziewczynę od tego, co działo się za ścianą, jakby szkoda mu było czasu. Lubił siadywać z gitarą, winem i papierosem. Czytał wiersze, grał na gitarze, śpiewał Wysockiego i Cohena, parodiował Kaczmarskiego, bo go nie lubił. Nosił chlebak odziedziczony po Edwardzie Stachurze i z papierosem w ustach ochrypłym głosem wykonywał jego piosenki.

Wszyscy mu mówili, że jest podobny do Wojaczka - również niegdysiejszego przyjaciela domu. Z nim się utożsamiał.     Z namaszczeniem mówił wiersze francuskich poetów przeklętych: Baudelaire’a, Verlaine’a i Rimbauda. Także stylizował się trochę na poetę przeklętego. W jednym z zeszytów zanotował: “poeta musi mieć stygmat oraz piętno grzechu, w oczach gniew, bunt”.

Spieszył się. Śmierć była w tym, co mówił, co czytał i co pisał. Żył na zabój. Recytował jakiś dwuwiersz, kasłał i dodawał: – Szkoda, że wybrańcy bogów umierają tak młodo. Trudno powiedzieć, na ile śmierć w jego twórczości była manifestacją młodzieńczej dekadencji, a na ile przejawem intuicyjnej antycypacji przedwczesnego dopełnienia własnego życia. W wierszach Przemyka uwidaczniało się wewnętrzne rozdarcie, bolesna konieczność tworzenia całym sobą, bez reszty. Sam był twórcą i tworzywem – jak pisał – “krwią swoją cierpiąc i sycąc się”. Zdawał się pytać, czy “zanurzony” w twórczość, “skazany” na ból tworzenia, naznaczony twórczą przyszłością, piętnem twórcy, potrafi na progu poetyckiego i dojrzałego życia “wyczytać swój czas”? Jego dojrzewaniu towarzyszyły zmagania z wrogością świata i lęk przed czymś przeczuwanym, złowrogim.

Zawarty w poezji Przemyka tragizm czasów rozdarcia, wyborów, pokoleniowego zagubienia, wyobcowania, nawiązuje zapewne do przeżyć związanych z wybuchem stanu wojennego kończącego okres wzajemnej bliskości, solidarności, do moralnych dylematów z zakresu postaw, relacji międzyludzkich, zagadnień przyjaźni – nie-przyjaźni, wierności ideałom, nawet za ceną własnej ofiary, cierpienia, poświęcenia.

“Gorąco polecam Jego wzruszającą poezję – napisał ks. Jan Twardowski we wstępie do zbioru wierszy Grzegorza – która ma dobrą duszę, szlachetną wrażliwość, wspaniałą zapowiedź. Należy ocalić od zapomnienia młodego poetę”. za: adonai

Przemyk pisał piękne wiersze, zakochałem się w Jego poezji, oto jeden z nich, o śmierci, jakby przeczuwał:

W dniu w którym przyjdziesz po mnie
Nie umyję zębów
Nie będę musiał także zmieniać ubrania
Tylko buty włożę
Na długą drogę
Najpierw pokażesz mi słońce
Wyciągniemy do niego dłonie
I nasze postacie zostaną tak
A my pójdziemy dalej
Potem pokażesz mi wodę
Napijemy się Jej
Schylone postacie zostaną tak
A my pójdziemy dalej
Rajskie jabłka
Co głód cudownie zaspokajają i radość czułą przynoszą
W cieniu drzew jeść będziemy
Żadnego węża nie będzie
Zostaną pod drzewami przytulone mocno postacie
A my weźmiemy trochę owoców na drogę
I pójdziemy dalej
Ludzi mi nie pokażesz nie możesz
A tych co możesz nie chcesz czy nie potrafisz
Gdy zapadnie noc księżycowa i gwieździsta
Zaprowadzisz mnie na miejsce
Gdzie bije serce Ziemii
Wsłuchane sylwetki przytulą twarz do niej
Zostaną
A my pójdziemy w kierunku ogromnej skały
Powoli wspinać się będziemy
A gdy osiągniemy szczyt
Zobaczysz miliony spadających czy wznoszących się gwiazd
Lecz nie będziemy mieli żadnych życzeń
Staniemy na skraju i nie patrząc na siebie skoczymy
Nasze cienie zostaną – może zawrócą
A my lecieć będziemy frunąć gdzieś
                                              Jeśli przyjdziesz…

 

54321
(9 głosów. Średnia 4.33 z 5)
Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *