"BOŻE CIAŁO"

Autor w
180
"BOŻE CIAŁO"

Bycie księdzem nie jest w modzie. Takie już czasy, a na czasy nie ma się co obrażać. Nie ma się też czemu dziwić – dzisiaj dla młodych trudno o równie dziwaczną i niezrozumiałą drogę życiową. Do niedawna w koloratkowym pakiecie był jeszcze społeczny autorytet, ale już go nie ma – o co zadbali sami księża i ich przełożeni. Jak więc ogarnąć to, że na ekrany naszych kin wchodzi kolejny film, w którym główny bohater nosi sutannę?

„Boże Ciało” Jana Komasy, polski kandydat do Oscara, pokazuje, że społeczna figura księdza jest w dziwny sposób ciągle żywa i interesująca, jest też dość przydatna, jeśli chce się coś powiedzieć o Polsce i Polakach. Film przedstawia historię chłopaka, który po wyjściu z poprawczaka zakotwicza się w niewielkiej wiosce, gdzie zaczyna udawać katolickiego kapłana. Robi to trochę z powołania, trochę z przypadku, trochę, by uciec od własnego życia. Fabuła poprowadzona jest zręcznie, dzięki czemu losy księdza przebierańca nie wydają się naciągane, a film ogląda się po prostu dobrze.

Siłą opowieści Komasy jest brak pretensjonalnego komentowania rodzimej rzeczywistości. Nie ma tu pseudointeligenckiego rechotu z Polski B, co w realiach naszego kina ostatnich lat jest raczej przyjemną odmianą. „Boże Ciało” nie zakopuje się też w chorobliwym opowiadaniu o sprawie polskiej, czym przypomina choćby „Idę” Pawlikowskiego. To przede wszystkim historia człowieka, który na chwilę znajduje swoje miejsce w świecie, nie ma jednak żadnych szans, by zostać w tym miejscu na dłużej. Jest skazany na swój los, a wszystko, co zostawił za sobą, nieuchronnie ciągnie go z powrotem. Im większe chwilowe szczęście, tym wyższa cena, jaką trzeba później zapłacić.

Nie znaczy to, że film został pozbawiony społecznej diagnozy. Wręcz przeciwnie – komentarz jest wyraźnie obecny, a im bardziej subtelny, tym ciekawszy. A skoro główny bohater nosi sutannę, to nie ma co ukrywać, że Kościół znowu dostał lekko po głowie. Katolicy nie powinni jednak podnosić rytualnej wrzawy, bo tym razem krytyka jest wybitnie ewangeliczna.

Ksiądz przebieraniec zupełnie nie wie, jak poruszać się przy ołtarzu. Nic dziwnego, ukończył poprawczak, nie seminarium. Żaden też z niego mnich asceta. Poza tym jest jednak dokładnie taki, jaki ksiądz powinien być – autentyczny, mówiący od serca zamiast klepania zużytych formułek, niekłaniający się władzy, współczujący i żyjący problemami ludzi wokół siebie. Może więc być wyrzutem sumienia dla wielu księży oraz całej instytucji, bo wyżej wymienionych cech jest u nas coraz mniej. Polski Kościół, żyjący w grzesznym związku z jedną partią polityczną, obsesyjnie strzelający do wszystkiego, co tęczowe, i uciekający od rozprawienia się z pedofilią, jest coraz mniej gościnnym środowiskiem. Zraża do siebie nawet tych, którzy spędzili w nim całe życie. Za swoje problemy winę zrzuca na wszystkich dokoła, nie dostrzegając, że na kursie kolizyjnym ze światem znalazł się z własnego wyboru. Nie dziwne więc, że u Komasy wzorem kapłana staje się ktoś radykalnie spoza systemu – udawany ksiądz odnosi sukces, bo prawdziwi zbyt często ponoszą porażki. A do sukcesu nie trzeba wiele, wystarczy odrobina człowieczeństwa.

Niestety, człowieczeństwo jest największym wyzwaniem dla wszystkich bohaterów „Bożego Ciała”, nie tylko dla księży. Chrześcijański entuzjazm zderza się w filmie z tradycyjną polską religijnością – małostkową, zamkniętą i pełną uprzedzeń. Nad wszystkim góruje odwieczna cnota narodowa – brak przebaczenia. I jest to nie tyle krytyka katolicyzmu made in Poland, ile polskości w ogóle. Bo polskość, swoją drogą, jest na chrześcijaństwo doskonale impregnowana. Ewangelia w katolickiej Polsce ma dość ograniczone pole manewru, przerabialiśmy to w kwestii uchodźców, przerabiamy codziennie w debacie publicznej. Jej główni gracze, często i gęsto odwołujący się do chrześcijańskich wartości, nie mają z nimi w praktyce wiele wspólnego.

Komasa skupia tę polskość w mikroświecie niewielkiej wioski i wychodzi mu to lepiej niż większości naszych reżyserów. Nie musi wyżywać się na swoich bohaterach ani przypuszczać łopatologiczno-światopoglądowej ofensywy w kierunku widza. Filmowa historia mówi sama za siebie. Robi to w oparciu o dość prosty schemat narracyjny – człowiek pozornie zdemoralizowany jest w istocie kimś dobrym, a ludzie z wierzchu sprawiedliwi są podskórnie głęboko zepsuci. Nie wiem, na ile ten schemat opisuje Polskę, ale na pewno jest mocno ewangeliczny – to celnikom i prostytutkom Jezus obiecał Królestwo Niebieskie, nie faryzeuszom. Warte zapamiętania, bo faryzeizm w Polsce ma się lepiej niż kiedykolwiek. za: deon.pl. tekst Michał Zalewski SJ

Warto pójść na ten film, wczoraj sam go obejrzałem, daje do myślenia!

54321
(14 głosów. Średnia 3.71 z 5)
Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *