Kościół rozmawiający, a nie przemawiający!

Autor w
67
Kościół rozmawiający, a nie przemawiający!

Być może Kościół w Polsce stał się za bardzo przemawiającym, za mało zaś rozmawiającym – przyznaje bp Adrian Galbas. Jego zdaniem problemem jest niedostateczna wierność Ewangelii i osłabiona, m.in. problemem pedofilii, wiarygodność jej głosicieli. Ełcki biskup pomocniczy mówi też o konieczności zmiany języka wobec młodzieży, ludzi odległych od Kościoła czy osób LGBT.

Bp Galbas odpowiada też na pytanie, czy Kościół w Polsce jest Kościołem Jana Pawła II, czy idzie tropem papieskiej myśli o „geniuszu kobiecym”, a także dlaczego jest tak słabo obecny w kulturze. Ujawnia też, co sam czyta, czego słucha i jaki ma sposób na stres.

Tomasz Królak (KAI): Jakie najważniejsze wyzwania stoją dziś przed Kościołem w Polsce?

Bp Adrian Galbas: Czytamy o nich w zakończeniu Ewangelii Mateusza: „iść i głosić”. Kościół nie ma innego programu duszpasterskiego i z jego wypełniania będzie rozliczony przy końcu świata.

I podstawowe pytanie brzmi: czy idziemy i czy głosimy, no i jak to robimy? A jeśli widać, że nie za dobrze, to dlaczego?

Myślę, że wielu polskim katolikom towarzyszy poczucie kryzysu czy przełomu, w jakim znajduje się Kościół w Polsce, zwłaszcza Kościół instytucjonalny. Czy Ksiądz Biskup czuje to podobnie?

Niestety, znaleźliśmy się w sytuacji sporego tąpnięcia.

Jakie są objawy i z czego wynikają?

Zapewne zarówno z sytuacji wewnątrzkościelnej, jak i z tego, co się dzieje na zewnątrz. Pierwszą z przyczyn jest małe zasolenie soli, czyli niedostateczna wierność Ewangelii i osłabiona wiarygodność jej głosicieli. Pierwszym krokiem nawrócenia jest więc pytanie stawiane sobie: czy i na ile jestem wiernym uczniem Chrystusa? Bardzo łatwo jest robić rachunek sumienia komuś i wskazywać, że to inni są winni. Owszem, spokojna całościowa analiza też jest potrzebna, ale potem. Najpierw musi być spojrzenie na siebie, swoje chrześcijaństwo i swoją wierność Ewangelii.

Czy wspomniane tąpnięcie jest skutkiem odkrywania kolejnych przypadków pedofilii i sposobu, w jaki Kościół mierzy się z tym problemem?

To jest pewnie jedna z głównych przyczyn. Chodzi o cały skandal związany z pedofilią a więc zarówno o same czyny jak i – może jeszcze bardziej – próby ich tuszowania. Bo ujawniane próby bagatelizowania, czy tuszowania tych czynów osłabiło wiarygodność Kościoła jeszcze bardziej, niż konkretne przypadki wykorzystania nieletnich przez osoby duchowne. Choć oczywiście każde takie zdarzenie samo w sobie jest już odrażające.

Dopóki nie będzie tu pełnej świadomości co ta sprawa zrobiła i robi z Kościołem oraz pełnej determinacji, by załatwić ją w sposób całkowity, bezwzględny i ostateczny, dopóty nie wyjdziemy z obecnego kryzysu.

„Pełnej świadomości” wciąż brakuje?

Jest coraz lepiej. Bardzo wiele zostało już zrobione. Nikt nie zrobił chyba dotychczas tyle, ile wspólnota Kościoła. Ale zrobić bardzo wiele, a zrobić wszystko, to nie to samo.

Tymczasem brak dostatecznej świadomości co do skutków pedofilii jest – niezależnie od cierpienia skrzywdzonych osób – czymś bardzo niebezpiecznym z punktu widzenia misji, jaką Kościół ma przed sobą. Myślę głównie o młodzieży.

Właśnie dlatego, że dotyczy wiarygodności. Kościół nie może głosić Ewangelii, jeśli nie będzie wiarygodny, a nie będzie wiarygodny, jeśli nie doprowadzi do całkowitego samooczyszczenia w sprawie pedofilii. Benedykt XVI mówił, że te skandale położyły się cieniem na Ewangelii. To znaczy, że Ewangelia jest z tego powodu mniej widoczna w świecie, trudniej dostrzegalna. W innym miejscu ten papież powiedział, że „skandal” Ewangelii został przysłonięty przez skandale wywołane przez ludzi, którzy mają ją głosić. Osoby ugruntowane w wierze i dojrzalsze pozostaną w Kościele, dostrzegą czyste światło Ewangelii, ale wielu słabszych odejdzie. Zresztą to już się dzieje… Zwłaszcza młodzi.

Każdemu, kto nie rozumie co robi z człowiekiem seksualne go wykorzystanie w dzieciństwie, czy młodości, przez duchownego, któremu zaufał, niech się spotka z ofiarą, albo czyta jej świadectwa tak długo, aż to do niego dotrze. Nigdy nie zapomnę wstrząsu jaki we mnie wywołały takie spotkania…

A więc można powiedzieć, że wyczyszczenie spraw związanych z pedofilią jest dziś jedną z kluczowych kwestii dla Kościoła w Polsce?

Tak! Nie można być niewiarygodnym co do tego problemu i zachować wiarygodność w innych sprawach. Jeśli nie okazuję się wiarygodnym świadkiem Ewangelii w jej najbardziej czułym punkcie, dotyczącym skrzywdzenia drugiej osoby, to jak mogę być wiarygodnym wtedy, gdy głoszę inne prawdy?

A propos tąpnięcia, to mieliśmy z nim do czynienia w dziedzinie spadku powołań kapłańskich, co pokazały dobitnie ubiegłoroczne statystyki. Może jedną z przyczyn jest właśnie skandal pedofilii?

To wszystko jest powiązane. Przeprowadzone przed ponad rokiem badania dotyczące zaufania do Kościoła pokazują, że Kościołowi przestają ufać najwierniejsi. W tej chwili większość Polaków Kościołowi nie ufa. To jest straszne. Oczywiście, można to załatwić prostym stwierdzeniem, że gdy Chrystus umierał na krzyżu też mu wielu nie ufało, albo, że ludzie nie ufają Kościołowi, ponieważ wymaga. Ale to jest chyba zbyt łatwe, uproszczone i powierzchowne.

Co do spadku powołań, to też nie da się tego „zagłaskać”, powtarzając na przykład, że jest to sytuacja przejściowa, że minie, że odskoczy…. Ostatnio słyszałem taką właśnie dziwną analizę, że przed pontyfikatem Jana Pawła II powołań też było mało, a potem wzrosło, więc i teraz się odmieni. To jest niestety pobożne życzenie. Tendencja jest jasna.

A może zarówno spadek powołań jak i zaufania do Kościoła to wina mediów?

To też jest jedna z takich bardzo łatwych odpowiedzi, utrzymana w kluczu: winni są inni. Oczywiście, cała współczesna kultura, także medialna, raczej nie ułatwia nam życia Ewangelią, ale czynienie jej winnym tego wszystkiego co jest niedobre w Kościele jest zbyt prostym wybiegiem.

A nie uważa Ksiądz Biskup, że jeśli chodzi o powołania, to nazbyt długo Kościół w Polsce za bardzo mocno stawiał na ilość, być może kosztem jakości?

Najlepiej, żeby było dużo i dobrych. Ale jeśli trzeba wybierać, to zdecydowanie ważniejsze są powołana dobre niż liczne. Jeśli chodzi o dokumenty dotyczące formacji kapłańskiej, to są świetne. Aktualne i kompetentne. Myślę zwłaszcza o ratio studiorum, którego polska wersja czeka na akceptację przez Stolicę Apostolską. Dokument ten podkreśla znaczenie indywidualnego podejścia do kleryka w całej jego formacji kapłańskiej; formację wydłużoną, niepośpieszną, spokojną, głęboką. Jest więc wyraźny nacisk na jakość, przed ilością. Dobrze, że założenia Dokumentu są już powoli wprowadzane w życie, np. rok propedeutyczny, czy pastoralny. Jeśli nie zabraknie nam determinacji i odwagi, by iść tą drogą, zaowocuje to lepszą jakością przyszłych księży.

Czy nie sądzi Ksiądz, że część problemów Kościoła w Polsce – spadek zaufania, mniejsza liczba powołań, odchodzenie młodzieży – to także efekt nieobecności Kościoła w kulturze? Bo nie widać go zarówno jeśli chodzi o ważne, inspirujące dzieła, ale też nie jest dziś uczestnikiem i inicjatorem poważnych debat społecznych – z udziałem ludzi z różnych środowisk – o tym, co najważniejsze.

Nieobecność, a przynajmniej niedostateczną obecność Kościoła w kulturze chyba zbyt rzadko się dostrzega, a niestety jest ona faktem. Kultura bez Kościoła sobie poradzi, ale Kościół bez kultury – nie! Cóż, otaczająca nas „bieżączka”, w tym także bolesne sprawy, o których już mówiliśmy jakby nas trochę zepchnęły do narożnika: Świat na boksuje, a my chyba za rzadko podejmujemy z nim dyskusję na aktualne tematy, a jeszcze rzadziej je narzucamy.

Dobrze, że mamy świetne inicjatywy, jak choćby teraz Tydzień Kultury Chrześcijańskiej, ale to na pewno za mało. Potrzeba nam więcej „kultury areopagu”, czyli odwagi w inicjowaniu, a już na pewno w nieuciekaniu od dyskusji o aktualnych problemach świata.

W odniesieniu do takich kwestii jak Konwencja Stambulska, LGBT, homoseksualizm Kościół koncentruje się na przekazaniu swego nauczania – co skądinąd oczywiste i właściwe, ale odbywa się to zazwyczaj z ambony lub poprzez listy czy komunikaty, a więc trafia głównie do wiernych. Takim działaniom nie towarzyszy jednak próba dialogu z tymi, którzy nie są praktykującymi katolikami. Tymczasem taka dyskusja wokół różnych nurtów współczesnej kultury – także Kościołowi niechętnych – mogłoby wyjaśnić „światu” stanowisko Kościoła, jak też pomóc wiernym w nawigowaniu po świecie, że tak to ujmę.

Na pewno wizerunek Kościoła, a przynajmniej Episkopatu, jest w mediach delikatnie mówiąc nie najlepszy i mam nadzieję, że będziemy uczyć się na błędach. Zawsze wtedy, gdy niedostatecznie przedstawimy, wyjaśnimy i obronimy przesłanie Kościoła, zwłaszcza w drażliwych kwestiach, będzie to na niekorzyść tego przesłania.

Po opublikowaniu dokumentu Episkopatu o LGBT cała dyskusja – co było do przewidzenia – sprowadziła się do jednego wątku, którego zresztą w dokumencie nie ma. Bo przecież nigdzie tam nie pada stwierdzenie, że Kościół zachęca do terapii konwersyjnych. Przyznam, że mając ten dokument wcześniej nie zwróciłem uwagi, że tak to może być odebrane. Raczej, czytając o poradniach, miałem skojarzenie z poradniami rodzinnymi, które od lat istnieją przy parafiach, w których chodzi o porady i pomoc, a nie o leczenie. Niestety, zarzucono tu biskupom coś, czego nie powiedzieliśmy.

Być może zrobiliśmy też błąd jeśli chodzi o sposób prezentacji tego dokumentu. Na pewno na przyszłość trzeba się tu bardziej przyłożyć. Nie musimy też ciągle „bronić” naszych stanowisk. One nie są przecież wymyślone w pięć minut. Mają swoją logikę. źródła i uzasadnienie. Trudno, nie każdy musi je podzielać, ale w naszym interesie jest by je zrozumiale i jasno przedstawić. A to nam nie zawsze wychodzi…

Ale dlaczego właściwie tak się dzieje? Czy wynika to z lęku tego czy innego biskupa, że w publicznym starciu z mocnym rywalem okaże się słabszy czy też przekonania, że skoro Kościół ma rację, to nie ma po co wychodzić do świata, bo przecież świat sam może przyjść do źródła?

Może to brak odwagi, może nieznajomość języka, który przecież w debacie publicznej jest inny, niż ten na ambonie, może też pokutuje tu przekonanie, że jeśli się ze mną nie zgadzasz, to jesteś moim wrogiem. Takie „zaetykietowanie” od razu utrudnia albo wręcz uniemożliwia jakąkolwiek dyskusję. Są te rozmaite „łatki”, które pospiesznie nadajemy różnym środowiskom, czy mediom klasyfikując je od razu jako nieprzychylne, czy wrogie Kościołowi. A skoro są wrogie, to nie warto z nimi rozmawiać, bo albo wszystko przekręcą albo skomentują po swojemu.

A pierwszym, który na tym traci jest nie dana redakcja, tylko Kościół. Jeden z dziennikarzy powiedział mi kiedyś (nie byłem jeszcze biskupem): jeżeli ksiądz nie chce ze mną porozmawiać, to lekceważy nie mnie tylko moich czytelników. Tej świadomości czasami nam brakuje…

Szkoda, bo wierni na pewno z wdzięcznością przyjęliby fakt, gdy przynajmniej niektórzy biskupi wyszliby na „ubitą ziemię”, dając przykład jak w tym świecie przedstawiać nauczanie Kościoła i uzasadniać nadzieję, którą daje Ewangelia…

Musimy się uczyć takiej kultury rozmowy, w której rozumiemy, że ja mam prawo się z tobą nie zgadzać, ty masz prawo nie zgadzać się ze mną, ale żebyśmy się mogli nie zgodzić, to musimy poznać swoje poglądy i wyraźnie je wyartykułować. Tu jest też wielkie pole działania dla świeckich katolików. Nie wszystko musi przecież mówić biskup. Kościół, to nie tylko episkopat.

Powtarzam się, ale może jesteśmy tak przytłoczeni tą nieszczęsną sprawą pedofilii, że trochę nas jakby „zatkało”, wręcz sparaliżowało. Staliśmy się zbyt defensywni i wystraszeni.

Jak zahamować odchodzenie młodzieży? Dlaczego odchodzą z lekcji religii; dlaczego Kościół przestaje być dla nich punktem odniesienia? Co zaniedbano i co robić obecnie?

Niedawno rozmawialiśmy w gronie współpracowników o młodzieży bierzmowanej. Pojawił się pomysł: a może jakąś aplikację. A tu się okazuje, że ciekawe aplikacje już są, tylko mało kto je ściąga. Pewnie młodzi bardziej potrzebują człowieka niż aplikacji. Papież Franciszek ciągle o tym mówi: twarz w twarz, nie ekran w ekran. Poza tym całe nasze duszpasterstwo, a młodzieżowe to już na pewno, musi się przestawiać bardziej na styl Samarytanki, niż tłumu. Czyli na cierpliwe tracenie czasu dla jednego człowieka, którego przyjmiemy z całym jego skomplikowaniem. Spotkanie gdzie jest szacunek, bez uprzedniego oceniania i kwalifikowania. Tak się zresztą w wielu miejscach dzieje. Nie jest przecież tak, że odchodzą wszyscy młodzi. Są tacy duszpasterze, którzy potrafią młodzież przyciągnąć. Mają dla tych ludzi dużo empatii i zrozumienia. Zrozumienie jest pierwszym czynem miłosierdzia, jaki możemy zaoferować drugiemu człowiekowi: nie ocenianie i osądzanie, ale właśnie zrozumienie; przyjęcie drugiego takim, jakim on jest, a nie takim, jakim by się chciało, żeby był. To potem. Powoli i z cierpliwością.

Kiedy św. Paweł opisuje miłość, to jako pierwszą jej cechę wymienia cierpliwość. Czyli, jak nie masz cierpliwości, to oblałeś egzamin z miłości. Jest to bardzo potrzebne zwłaszcza wobec młodego człowieka. Bardzo ważną sprawą jest też język, jakim mówimy do młodych. We wstępie do YOUCAT Benedykt XVI przyrównał katechizm do kryminału. Mówi, że kryminał śledzimy z uwagą, dlatego, że myślimy iż to mógłby być także nasz los, a tu, powiada, dostajesz katechizm, w którym właśnie jest twój los. Czytaj więc go z przejęciem większym niż kryminał. To jest język! Może nasz jest zbyt często językiem przemawiania, zbyt koturnowy, archaiczny a oczywiście najgorsze, gdy nie jest poparty świadectwem. Gdy jest wykład, a nie przykład.

Wobec tego: jaki powinien być dziś język Kościoła i jak znaleźć równowagę pomiędzy ewangelicznym „tak tak – nie nie” a wychodzeniem do tych, którzy z Kościołem mają związek jedynie „kulturowy” lub nie mają go wcale? Także do tych, którzy otwarcie kontestują jego nauczanie, zwłaszcza moralne. A więc, np. jak mówić do aktywistów i sympatyków LGBT? Przecież zadaniem Kościoła jest troska o wszystkich. Czy jest wystarczająca?

Wzorem jest Ewangelia i język Chrystusa: pełen szacunku i jasny. To jest też św. Paweł. To, co mówi najpierw wynika z jego osobistego doświadczenia spotkania z Chrystusem, po drugie Paweł jest przekonany, że to, co głosi jest prawdą i jest to pełne szacunku.

Jeden z moich znajomych, osoba homoseksualna, bardzo wierząca, mówi mi: kim dla was jestem, bo nie czuję się przyjęty przez Kościół. Czuję się w nim obco. Skąd się to bierze? Z języka. Możemy nawet sami, jako duchowni, nie używać pewnych obraźliwych sformułowań, ale jeśli niedostatecznie protestujemy, gdy są one używane w przestrzeni publicznej, to może powstać wrażenie, że je akceptujemy. Zawsze, gdy słyszymy język hejtu, agresji i się temu nie sprzeciwiamy, postępujemy nieewangelicznie.

Tymczasem, gdybyśmy teraz wyszli na ulicę i zapytali przechodniów o to, co Kościół mówi o homoseksualistach, to odpowiedzieliby – niezgodnie z prawdą oczywiście – słowami o tęczowej zarazie. Niestety, ale tak. Szkoda, że nikt nie zdobył się na to, by rzeczowo i spokojnie powiedzieć, jak jest naprawdę.

Przykład daje papież Franciszek, który spotkał się niedawno z rodzicami osób LGBT i pierwsze co im powiedział, to “kocham was”. A w adhortacji do młodych “Christus vivit” mówi: pierwsze, co chcę ci powiedzieć, to, że Bóg cię kocha. I to przecież mówi każdemu, niezależnie od jego orientacji. To jest język i to jest styl. Ludzie nieheteronormatywni są częścią Kościoła i powinni się czuć w nim tak samo przyjęci jak osoby heteroseksualne. Nie można im dawać sygnałów wykluczenia w języku, w sposobie traktowania, w półuśmieszkach, czy jakkolwiek inaczej.

A czy jedną z głównych przyczyn zmniejszającego się poparcia Kościoła przez Polaków nie jest niejednoznaczny stosunek do świata polityki i polityków. Choć wiadomo – i podkreśla to przewodniczący KEP – że żadna partia nie “reprezentuje” Kościoła, to jednak w świadomości społecznej jedna z partii jest z tym Kościołem bardzo blisko. Czy nie za blisko?

Moim zdaniem Kościoła jest w polityce za mało, ale może za dużo jest go w partiach. Kościół ma być mocno obecny w polityce, to znaczy odważnie recenzować działania polityków i programy poszczególnych partii z punktu widzenia Ewangelii, podawać kryteria, formułować jasne zasady, które wynikają z katolickiej nauki społecznej. Natomiast czymś niedopuszczalnym jest jakikolwiek rodzaj korupcji politycznej, czyli “coś za coś”: wy, politycy, dacie nam przywileje, a my wam milczenie, gdy postępujecie wbrew zasadom, które jako Kościół głosimy. I tu nie chodzi wyłącznie o rządzących teraz, także tych przedtem, czy potem. Jak mówi psalm 146: „nie pokładajcie ufności w książętach, ani w człowieku, który zbawić nie może”. Gdyby Kościół ufał „książętom”, to nawet jeśli dostałby od nich jakieś doraźne korzyści – zawsze straci.

Intensywniejsza obecność Kościoła w polityce pomogłaby też zażegnać nieco, ów, jak mówią niektórzy, “podział dzielnicowy”, który mamy w Polsce. Kościół jako arbiter sporów partyjnych, a nie ich uczestnik.

Mówi Ksiądz, że nadmierne zbliżenie i korupcja polityczna grozi Kościołowi ze strony każdej partii, ale w polskiej rzeczywistości chodzi zwłaszcza o ugrupowania deklarujące się jako konserwatywne, prawicowe. Otwarcie przyznają się do Kościoła, odwołują do katolickiego elektoratu i deklarują chęć jego obrony. Czynią to z taką pieczołowitością, iż można by pomyśleć, że ewangelia jest prawicowa…

Abp Gądecki często podkreśla, że partia z natury broni interesów części, a przesłanie Kościoła ma charakter powszechny. Po prostu trzeba mieć odwagę, żeby powiedzieć – niezależnie od tego jakiej partii taka uwaga dotyczy – że z punktu widzenia nauki Kościoła to rozwiązanie jest słuszne a to nie. I nie ma znaczenia, czy to jest partia „sprzyjająca”, czy „wroga”.

Trochę za mało jest takiego głosu Kościoła.

Bywały dobre przykłady: na przykład sprzeciw arcybiskupa Gądeckiego wobec działań wokół Trybunału Konstytucyjnego, sprzeciw wobec aborcji eugenicznej, czy polityki dotyczącej korytarzy humanitarnych, która nie była i nie jest zgodna z tym, czego naucza Kościół. Są więc przykłady odważnego powiedzenia: nie. Być może za cicho, być może też nie jest to dostatecznie często powtarzane, bo czasami nie wystarczy powiedzieć coś raz.

Tymczasem publiczna telewizja ochoczo transmitująca Msze i nabożeństwa, problem uchodźców sprowadza do zagrożeń, jakie dla Europy stanowią nacierające hordy młodych muzułmanów, wobec czego trzeba zwierać szeregi i zamykać granice katolickiej Polski.

Kryterium wyznacza Ewangelia. W jej świetle nie ma wątpliwości jakie powinno być nasze myślenie i postępowanie co do migrantów i uchodźców. Dostatecznie jasno mówi nam też o tym papież.

Utkwiły mi w pamięci słowa Księdza Biskupa z jednej z lipcowych homilii: “Oby kobiety miały w Kościele więcej do powiedzenia” oraz, że Kościół “nie może być zdrowym Kościołem bez kobiet”. Janowi Pawłowi stawiamy pomniki, ale jego słów o geniuszu kobiecym – nie słuchamy.

Tak, ale pocieszam się tym, że jest coraz lepiej. Coraz więcej kobiet uczestniczy w formacji kleryków w seminarium, wzrasta ich liczba w urzędach kurii biskupich i różnych kościelnych instytucjach. Zamierzam zaprosić je także w sporej liczbie do udziału w kompletowanej właśnie Radzie Episkopatu ds. Apostolstwa Świeckich. Najlepiej, żeby stanowiły większość…

Geniusz kobiecy jest czymś, o czym my, faceci mamy blade pojęcie, ale wyczuwamy jego wielką potrzebę. Kościół bez niego wiele by stracił. Ileż to kobiet szło za Chrystusem!

Ale z czego wynika to, że oto raptem budzimy się w Kościele ze świadomością, że przez lata w naszym Kościele kobiet nie było. Bo nie było.

A gdzie przez całe lata było myślenie o świeckich w ogóle? O tym, że są podmiotem duszpasterstwa, a nie jedynie jego przedmiotem, który może być dowolnie przesuwany i przestawiany! Od czasów II Soboru Watykańskiego jest jednak coraz lepiej. Powoli, zbyt powoli, ale jednak systematycznie się to zmienia.

Pytałem o papieża Wojtyłę w kontekście jego słynnej frazy o geniuszu kobiecym. Ale czy, bardziej ogólnie, Kościół w Polsce jest Kościołem Jana Pawła II?

Na pewno jest Kościołem pomników Jana Pawła II, jeśli zaś chodzi o wizję i praktykę duszpasterską to mógłby być nim nieco bardziej. Mam na myśli zwłaszcza otwartość Papieża na różne środowiska w Kościele, zdolność słuchania. Jednym z najfajniejszych zdjęć Jana Pawła jest dla mnie to, kiedy z widoczną uwagą kogoś słucha: z dłonią pod brodą i uchem jakby wychylonym w stronę mówiącego. To bardzo wymowne. Dobre na rachunek sumienia. Może nasz polski Kościół stał się za bardzo przemawiającym, za mało zaś rozmawiającym. Rozmawianie jest dużo trudniejszą formą komunikacji niż przemawianie. I przez to rzadszą.

Ale może to jednak będzie się zmieniać w Wojtyłowym kierunku?

Trzeba mieć nadzieję. Dotyczy to wszystkiego, o czym rozmawiamy. Wierzę, że ten trudny czas, który Kościół obecnie przeżywa okaże się czasem błogosławionym, że z tej męki przyjdzie zmartwychwstanie, jakaś nowa młodość. Wierzę, że Kościół w Polsce będzie może mniej liczny, ale bardziej ewangeliczny.

Mniej liczny jest także, choć nie wiadomo na jak długo, także z powodów epidemii.

Epidemia ujawniła bolesną prawdę o stanie naszego duszpasterstwa. Niektórzy mówią, że przyspieszyła laicyzację Kościoła o dziesięć lat. Oby nie, ale jest faktem, że wiele osób mogących już teraz przyjść do kościoła jednak tego nie robi. Dlaczego? Niektórzy ze strachu, ale inni dlatego, bo nie jest im to potrzebne. A nie jest im potrzebne, bo była religijność, ale nie było wiary. Wiara potrzebuje Słowa i sakramentów, religijność tylko rytuału.

Znajomy zakonnik powiedział mi: jeśli ludzie przestali chodzić do kościoła w czasie pandemii to bardzo dobrze, bo pandemia pokazał po prostu coś, co i tak już było. Ma rację?

Wolałbym, żeby nie odchodzili. Ale denerwuje mnie bardzo ciągłe powtarzanie: “kiedy wrócą?” i “róbmy wszystko, żeby wrócili”. Bardziej celowe i właściwe pytanie brzmi: dlaczego nie wracają? Może także dlatego, że w mojej dotychczasowej praktyce duszpasterskiej jednak coś było nie halo, zbyt powierzchowne, karmiące jedynie religijność i wiarę kulturową. To powinien być pierwszy trop naszej refleksji, a nie powtarzanie, że bardziej opustoszałe kościoły to wina biskupów, bo nie trzeba się było zgadzać na limity ludzi w kościołach, tylko walczyć.

A na koniec: czym się Ksiądz Biskup karmi jeśli chodzi o lektury i gdzie szuka inspiracji i spokoju?

Staram się czytać kilka rzeczy naraz. W tej chwili “Mistykę chrześcijańską” Mertona, autobiografię ks. Halíka, a kilka dni temu skończyłem super opowiadania węgierskiego prozaika Dezső Kosztolány’iego “Dom kłamczuchów”.

W czasach przed pandemicznych starałem się dość regularnie bywać w operze i filharmonii, ale też na koncertach rockowych.

A jakie zespoły, które nurty?

Na pewno U2. Ale lubię też spokojniejsze klimaty w stylu Nory Jones czy Katie Melua. W tym wszystkim jest także sport. Staram się regularnie biegać i wędrować po górach a ostatnio także uprawiać jakiś sport związany z wodą. W końcu Ełk. Ruch odstresowuje…

54321
(4 głosy. Średnia 3.25 z 5)
Zostaw odpowiedź

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *